Nadnoteckie Bel Canto – festiwal młodych artystów

Chodzież Czarnków Kultura Najnowsze Trzcianka Wydarzenia

Za nami kolejna edycja Międzynarodowego Festiwalu Muzycznego „Nadnoteckie Bel Canto”. W tym roku uświetniły go dwa znakomite chóry: chór „VOLANTES SONI” Politechniki Poznańskiej pod batutą Pawła Łuczaka oraz chór Pasjonata pod dyrekcją Bartosza Śliwińskiego. Ponadto wystąpiło wielu solistów śpiewaków i instrumentalistów zarówno z Polski jak i zagranicy. Przez pięć dni tytułowy „piękny śpiew” rozbrzmiewał w murach zabytkowych kościołów w Lubaszu, Chodzieży, Wieleniu, Trzciance oraz w Czarnkowie budząc zachwyt i zasłużone owacje. O fenomenie tegoż wydarzenia i nie tylko z Tomaszem Zagórskim, pomysłodawcą, organizatorem i dyrektorem artystycznym festiwalu rozmawia Katarzyna Polasik.

Zacznę od gratulacji, bowiem kolejna edycja Festiwalu zapisała się w jego historii kolejnym sukcesem…

-Powiem szczerze, że „Nadnoteckie Bel Canto” odniosło – podobnie jak w ubiegłym roku – wielki sukces. Świadczy o tym przede wszystkim frekwencja na wszystkich pięciu koncertach. Jako dyrektor artystyczny festiwalu staram się być ze wszech miar skuteczny i jak coś robię to wkładam w to całą swoją energię. Walczę, by festiwal się rozwijał i miał dobry poziom, nie zważam na krytyków, którzy kręcąc nosem mówią mi, że „to niepotrzebne, że to przecież małe miejscowości, że po co ludziom taka muzyka?” Oczywiście cytuję tutaj tylko skrajne wypowiedzi. Owszem – zawsze trzeba się liczyć z porażkami, ale w przypadku „Nadnoteckiego Bel Canto” nie ma mowy o niepowodzeniu, ośmieszeniu się, czy jak to młodzież nazywa – „obciachu”. Dlaczego? Bo tu młodzi ludzie mają głos! To młodzi artyści grają Chopina i Bacha. Tak to sobie wymyśliłem i trzymać się tego będę do ostatniej edycji festiwalowej. Moim zdaniem „Nadnoteckie Bel Canto” będzie wkrótce jednym z najpiękniejszych polskich festiwali. Jeśli chodzi o publiczność, to przyjść na koncerty może każdy. Wstęp dla wszystkich jest wolny. Proszę sobie wyobrazić, że muszę kończyć ostatnią próbę na godzinę przed koncertem, bo melomani już zajmują miejsca w ławkach kościelnych! Dla publiczności  tworzę repertuar koncertów. Ludzie mnie poznali jako wyraziciela ich upodobań, więc nie chciałbym za bardzo „eksperymentować i poszukiwać”, ale grać dla tzw. szerokiej publiczności. Przy doborze repertuaru często daję wolną rękę samym artystom, by mogli się zaprezentować w tych utworach, które dobrze wykonują i które kochają. Dla mnie miernikiem sukcesu festiwalowego jest synchroniczne zadowolenie melomanów i młodych artystów.

 

Uprawia Pan niełatwą dziedzinę sztuki. Opera, operetka, a nawet teatr muzyczny zdają się być niszowymi wobec zalewającej nas muzycznej tandety. A jednak się bronią…

Istotnie, rzecz niełatwa, domena rzadka, ale nie zgodzę się z porównaniem do niszowego, a nie daj Boże – do zaginionego, głuchego zagadnienia w muzyce.  Owszem, zalewa nas tandeta, ale wszystko, co jest na żywo prezentowane jest miernikiem, jest ucieleśnieniem.    Nie chcę się wypowiadać na temat tendencji w muzyce.  Przykładowo: mój syn Adam jest w czołówce polskich muzyków jazzowych, gra z najlepszymi muzykami w Polsce, ale ja staram się uszanować i styl, i domenę, w której on się obraca, mimo, iż nie znam się na jazzie.  Ale tu problem jest inny: nas zalewają pseudoagenci, którzy wciskają ludziom przykładowo operetkową szmirę w postaci „półplejbeków” i „sztuczydeł”.  To oni są przyczyną tego, że młodzi ludzie nie garną się do słuchania na żywo głosu ludzkiego – najpiękniejszego instrumentu świata.

 

Polscy artyści operowi cieszą się wielkim uznaniem na świecie. Co jest tego przyczyną?

-Polscy śpiewacy są świetni, dążą do perfekcji, zwłaszcza jeśli chodzi o wymowę w obcych językach. Pamiętam jak w Kilonii, w Niemczech śpiewałem po raz pierwszy po niemiecku partię Stefana w „Strasznym dworze” Stanisława Moniuszki.  Uczyłem się perfekcyjnej wymowy przez trzy miesiące. To samo w Erfurcie – partię poety Leńskiego w „Eugeniuszu Onieginie” Piotra Czajkowskiego musiałem „przeuczyć się” z języka rosyjskiego na niemiecki. Polscy śpiewacy nie mają żadnych wewnętrznych oporów, by występować poza granicami Polski. Kiedy niemiecki agent zapytał mnie w jakich rolach chciałbym zabłysnąć na niemieckim rynku operowym, odpowiedziałem, że najchętniej w roli Tamina w „Czarodziejskim flecie” W. A. Mozarta. Wtedy zaśmiał się mówiąc, że na tę rolę pośród niemieckich konkurentów nie mam żadnych szans. Ale po roku, dokładnie w jednym sezonie operowym w 2000 roku śpiewałem tę rolę w pięciu operowych teatrach Europy: w Semperoper w Dreźnie,  w Lipsku, Kilonii, Frankfurcie nad Menem i w szwajcarskim Bernie. Nie ma rzeczy niemożliwych. Tak samo jak na ostatnim koncercie festiwalowym w Czarnkowie – kilkoro solistów w finale koncertu wykonało Mazura z opery „Straszny dwór” Stanisława Moniuszki.

 

Jest Pan pedagogiem, szkoli młodzież, której nie brakuje. Czy to oznacza, że szykuje nam się renesans wysokiej kultury?

-Zdolnej młodzieży nam istotnie nie brakuje, ale moim zdaniem nie wszystkich stać na to, by zmierzyć się z ewentualnym rozczarowaniem, kiedy nie zdobędą szczytu jakim jest ewentualna kariera w teatrach operowych lub na koncertowych estradach. Są tacy, którzy potrafią to wcześniej zrozumieć, ale są inni, którzy nie mając „wzięcia” rezygnują z dalszej, samodzielnej edukacji wokalnej. Ciekawa rzecz: ja bardzo lubię w pracy z młodymi śpiewakami dawać im swobodę wyboru utworów. Jeden chciałby operę, drugi repertuar kantatowo-oratoryjny, trzeci kameralistykę, pieśniarstwo, itd. Doradzam, staram się zrozumieć ich fascynacje, nastroje, czasami z zastrzeżeniami, bo jakby nie było – jestem za ich rozwój odpowiedzialny.

 

Jak Pan, jako Artysta odnajduje się w świecie, w którym wszystko jest sprowadzane do obrazka, 160 znaków, gdzie brakuje głębszej analizy. Bo nie ma czasu, bo nam się nie chce…

-Dla mnie – artysty operowego, pedagoga Akademii i w pewnym zakresie, bo od dziewięciu lat animatora życia muzycznego w regionie nadnoteckim, jest to trudne do zrozumienia.  Z jednej strony jest ogromne zapotrzebowanie na tego rodzaju koncerty, a z drugiej – nikomu się nie chce pomagać, a myślą, że to proste. Czasami mam wrażenie, że są inne żywioły, które utrudniają ludziom dostęp do kultury z wyższej półki. Ale ja czuję, że uciekam od odpowiedzi na to pytanie. Bo ja wykształciłem się wtedy, kiedy nie było You Tube, tylko winylowe płyty nagrane przez wytwórnie, takie jak Suprafon, Balkanton, Melodia. A teraz jest po prostu ogromna podaż, niesamowita! Żeby zanalizować partię wokalną w danej operze wystarczy kliknąć na odpowiedni serwer i już ją mamy. Natomiast moje poszukiwania warsztatowe i duchowe były obciążone wysiłkiem, więc nie było tak łatwo. Są pewne wartości, których nie powinniśmy bagatelizować. Doskonale to rozumieją moi studenci – Damian Żebrowski, Bartosz Gorzkowski i Robert Iwankiewicz, którzy uparcie dążą do celu, jakim jest po ukończeniu studiów engagement do teatru operowego. Każdy z nich otrzymał szansę występu na festiwalu, a na koncercie w Trzciance wystąpiło dwóch debiutantów.

 

Pana największe artystyczne marzenie?

-Nie mam właściwie takich marzeń, bo wszystko co mi w głowie powstaje musi się zakończyć z powodu braku nakładów finansowych, niezbędnych do realizacji tego planu. Kiedyś była nim ochota na wielkie plenerowe przedstawienie „Czarodziejskiego fletu” przed Zamkiem w Goraju, w naturalnej scenerii, z udziałem orkiestry, solistów, chóru i statystów. Zrobiłem nawet pierwszy scenariusz w postaci biznesplanu w celu pozyskania źródeł finansowania. Pomysł  jednak upadł, bo musiałbym mieć połowę budżetu od sponsorów prywatnych.  Ale trzeba żyć marzeniami. Tymczasem za kilka tygodni zaczynam nagrywać kolejną płytę z pieśniami wraz ze znakomitą pianistką Marią Rutkowską. Na tym koncentruję całą moją uwagę.

 Dziękuję za rozmowę.

 Fot. R. Sierchuła. T.Zagórki (fb)