Zakręceni nie tylko w bieganiu

Chodzież Najnowsze Wydarzenia

Para chodzieżan wzięła udział w ekstremalnym maratonie. Przebiegli w górach 150 kilometrów, nie zważając na brak snu, zimno oraz zapadające w nocy ciemności. Trasę pokonali w zaledwie trzydzieści dwie godziny. W życiu codziennym robią nie mniej ciekawe rzeczy. Ada gra na perkusji, Robert fotografuje punkowe koncerty. Oboje kochają zwierzęta.

 W lipcu ubiegłego roku wystartowali w biegu KBL Kudowa-Bardo-Lądek na 110 kilometrów z przewyższeniami około 3700 metrów. To był jeden z etapów przygotowawczych oraz akcja charytatywna dla zwierząt, wspierająca fundację „Masz Nosa. Pomagamy zwierzętom”. Jesteśmy ekipą biegaczy – mówi o biegu Robert –  dla których ważnymi celami są radość z pasji, wzajemne wsparcie i pomoc potrzebującym. Bo czym jest nasza radość gdy nie można się nią dzielić? Miarą naszego człowieczeństwa jest empatia w stosunku do zwierząt…”. Podczas tego biegu zbierano fundusze na pomoc zwierzętom. Oboje nie ustają w pomaganiu zwierzętom, także w naszym, chodzieskim schronisku. Ekstremalny bieg, w którym wzięli udział – Łemkowyna Ultra Trail  150, odbył się w końcu października. Do przebiegnięcia w Beskidach było 150 kilometrów. Na trasie z Krynicy do Komańczy trudno było znaleźć wygodny trakt. Ponad 85 procent szlaku to drogi leśne, ścieżki, kamienie. Różnica wzniesień to ponad kilometr. Całość należało pokonać w co najmniej 35 godzin. W biegu uczestniczyło ponad 300 osób. Ukończyło niewiele ponad połowa. Nasi zawodniczy pokonali dystans w 32:52:06. Po powrocie nadal są aktywni. W przyszłym roku wezmą udział w słynnym ultra maratonie we Włoszech. Trasa w Dolomitach liczy 120 kilometrów. Bieg gromadzi najlepszych, nie tylko europejskich zawodników.

 Ada Sokołowska – pochodzę z Inowrocławia. Studiowałam socjologię i dziennikarstwo w Bydgoszczy. Tam poznałam Roberta i po pewnym czasie przeprowadziłam się do Chodzieży. W tym czasie sport jakoś specjalnie mnie nie interesował. Wcześniej grałam w piłkę nożną. Byłam założycielką szkolnej drużyny dziewcząt przy naszym LZS. Męczyłam trenera tak długo, aż się zgodził. Przyprowadziłam żeński zespół i czasami ogrywałyśmy nawet chłopaków. Było w tym jednak zawsze więcej zabawy niż profesjonalnego sportu. Biegać zaczęłam za namową Roberta. To on był iskrą zapalną tego pomysłu. Pomagały też koleżanki z grupy, z którymi zaczęłam biegać. Wszystko działo się w Chodzieży i okolicach. Jednak coraz bardziej kusiły nas góry i trudniejsze bieganie. Tam jest zupełnie inaczej, bardziej kameralnie. Biegi uliczne mają inny, bardziej anonimowy charakter. W górach wszyscy się znają i wspierają. Jest zupełnie inna atmosfera. Zaczynaliśmy na Łemkowinie. To z kolei moje ulubione góry. Pierwsze dystanse były krótkie. Z czasem zaczęliśmy zaliczać 50, a nawet 70 kilometrów. Myśl o biegu na dystansie 150 kilometrów, zaświtała w mojej głowie, kiedy miął mnie biegacz z numerem startowym tego ultra dystansu. To był czeski zawodnik, który wygrał ten bieg. Spodobał mi się jego profesjonalizm, przygotowanie i skupienie na tym co robił. To był KTOŚ. Pomyślałam, że też tak chcę. Z grupy naszych zaprzyjaźnionych biegaczy, na tak duży dystans zgodził się tylko Robert. Tego rodzaju bieg jest trudny. Wymaga nie tylko zdrowia ale i odpowiedniego przygotowania. Ważny jest ekwipunek. Biegnie się z wyposażeniem w plecaku i latarką na głowie. Trzeba się skupić nie tylko na przebieraniu nogami. To są góry, łatwo o kontuzję lub przeziębienie organizmu. Plecak może ważyć nawet 10 kilogramów. Niezbędne są kijki biegowe, które pomagają na trudniejszych odcinkach. W górach można spotkać wszystko, kamienie, błoto, glinę i nieoczekiwane zjazdy. Specjalistyczne ekwipunek jest niezbędny i wymagany przez organizatorów.

Zimna woda jest OK!

Robert  Pawłowski – Jestem Chodzieżaninem od urodzenia. Jako chłopiec grywałem jak każdy nastolatek w piłkę na podwórku i później w miejscowym klubie. O ekstremalnym sporcie wtedy nawet nie myślałem. Z zawodu jestem stolarzem i w tej branży pracuję. Moje zainteresowania były bardzo różne. Zawsze jednak szukałem własnej drogi i własnych pomysłów na życie. Nie lubię stagnacji. Muszę działać i być ciągle w ruchu. Na nieszczęście cztery lata temu trafiłem do szpitala z problemem dotyczącym kręgosłupa. Groziła mi poważna operacja. Kiedy opuściłem szpital, zacząłem biegać wbrew zaleceniom lekarzy. Moja decyzja okazała się trafna. Bóle ustąpiły, a ja zainteresowałem się bieganiem. Wcześniej ćwiczyłem trochę na siłowni oraz na domowym sprzęcie stacjonarnym. Ruch pomaga mi w utrzymaniu zdrowia, dobrej kondycji oraz dobrego samopoczucia. Pierwszy raz pobiegłem w chodzieskim biegu Grzymalitów. To tylko pięć kilometrów, ale było sympatycznie. Później wypatrzyłem lokalną grupę biegaczy i zacząłem biegać z nimi. To byli pasjonaci, nie chodziło nikomu o bicie rekordów.  Któregoś razu wypatrzyliśmy z Adą bieg górski w Gorcach. Znam te góry, pokochałem je od pierwszego razu. Tam też zaczęliśmy wspólne biegi o różnym stopniu trudności. Najpierw było to tylko 20 kilometrów. Potem apetyty na dystanse się sukcesywnie zwiększały, aż doprowadziliśmy do biegu na dystansie 150 kilometrów. Nie byłem w tym biegu nowicjuszem. Miałem za sobą już start w biegu na dystansie 117 kilometrów, przeżyłem na trasie burzę z deszczem oraz problem z hipotermią. Wiedziałem więc co mnie czeka w czasie dłuższego biegu. Wyjaśnię, że taki bieg nie trwa non stop. Zatrzymujemy się na punktach kontrolnych, gdzie można chwilę odpocząć, są tam też napoje oraz racje żywnościowe. Trzeba też pamiętać aby zmieścić się w limitach czasu przewidzianych przez organizatorów. Do tego typu biegu należy się wcześniej przygotować. Gotowy musi być organizm, mięśnie, oddech i żołądek. Z nami jest dodatkowy kłopot bo jesteśmy weganami. Od razu dodam, że to nie przeszkadza w tak dużym wysiłku. Wielu profesjonalnych sportowców jest na takiej diecie. Moim zdaniem jest ona bardzo korzystna tak dla zdrowia jak i podejmowania ekstremalnego wysiłku.

 Obrazki z wyczynu 

 

„To była miłość od pierwszego spotkania. Gdy tylko pobiegłem na trasie 48 kilometrów to już wiedziałem, że będę chciał wrócić ponownie na te szlaki. W zeszłym roku zwiększając dystans pobiegłem 70 kilometrów. Gdy ponownie zostały otwarte zapisy na jeden z moich ulubionych biegów od razu pojawiła się myśl by pobiec koronny dystans”

„Czy mam obawy, wątpliwości? Wydaje się mi, że wiele czasu poświęciłem na przygotowanie się do tej chwili. Rozgrywałem to w głowie na wiele sposobów, mam kilka planów gdy będą trudności na trasie. Jestem gotowy i pewny siebie. Oczekuję tylko rozpoczęcia biegu by minął niepokój przedstartowy i chcę po prostu zrobić to po co przyjechałem. Ukończyć Łemko 150 km i zamknąć ten etap”

„W tłumie ciągle szukam wzrokiem Ady. Jestem szczęśliwy, że się zaczęło. Teraz pozostało tylko biec przed siebie i nie ma odwrotu. Wszystkie plany zmieniają się w działanie. Po asfaltowym początku skręcamy w prawo i jest pierwsze podejście. Przed sobą słyszę zawodnika, którego dopadły przebudzone osy i trochę go pożądliły. Nieprzewidywalne sytuacje ciągle potrafią zaskoczyć i wyeliminować z biegu” 

„Często i gęsto trzeba wejść po kostki w błoto i przez to buty ważą sporo i kolejne kroki są coraz cięższe. Jakby się miało założone dyby lub betonowe buty. Dodatkowo trzeba pokonać 2 spore góry. Jest to trudny odcinek i by go pokonać trzeba się wysilić. Jeśli dalsza część trasy będzie wyglądała podobnie to masakra”

„Próbuję sobie przypomnieć jak mówi się na kobiety, które zajmują się leczeniem, ziołolecznictwem. Ada podpowiada. Szeptucha. Tak, chciałbym by wskazała mi drogę do mety na skróty… Ściemnia się”

„ Sen na ławce? Odpada, bo uśniemy i dopiero rano nas obudzą. Czuję zmęczenie biegnąc przez błoto. Ktoś za mną upada w bagnistą maź, odwracam się i mówię – uważaj! Słyszę odpowiedź, że to niemożliwe bo biegnie i śpi. Ada pyta mnie o białego kota przechodzącego mi pod nogami, wspomina o białych myszach. Wiem, że nie jest dobrze i na kolejnym punkcie trzeba będzie chwilę odpocząć”

„W tym miejscu serwowana jest słynna zupa dyniowa. Siadamy i po chwili już jest w misce ciepła, wyborna, rozgrzewająca, nieziemsko dobra zupa. Podchodzi wolontariusz i pyta co jeszcze chcemy. Po chwili są pieczone ziemniaczki i ponownie dyniowa i znowu ziemniaczki. Może już tutaj zostanę? W tej chwili to wszystko czego pragnę to odpoczynek i jedzenie. Jest również Michał z Beatą. Kładę głowę na stole i próbuję zasnąć choćby na kilkanaście minut. Jednak myśli nerwowo pulsują w głowie i nie pozwalają się całkowicie wyłączyć. Mam obawy czy nie usnę i nie zdążymy. Ada śpi na podłodze…”

 „Przez ostatnie 90 kilometrów powtarzałem, że “Szatan czeka na swe dziatki w Komańczy” i już coraz bliżej spełnienia obietnicy. Cały czas starałem się wspierać Adę, ale jednocześnie siebie, dodawać otuchy, bo choć było ciężko, to wierzyłem że pokonany ten dystans. Przebiega jakiś biegacz, gratuluje i spoglądając na zegarek mówi, że pozostało 1900 metrów. Wychodzimy na asfalt, 1300 metrów. Wszyscy których mijamy zatrzymują się, klaszczą, dopingują, gratulują. Jest pięknie, kroczymy w chwale. Mówię, że czerwony numer startowy sprawia, że jest “respekt na dzielni”. Czuję się wyśmienicie, to ważne czego właśnie dokonujemy. Mijamy kościół, ostatnie 400 metrów. Przez wiele kilometrów nie dało się już biegać, ale teraz to już nie ma znaczenia, wszelki ból znika, nie ma niczego ważniejszego w tej chwili. Biegniemy, trzymamy się za ręce. Meta!!!  

Przygotował Edytor